Miał 1 proc. szans na przeżycie. Żużlowiec Winiarz marzy o powrocie na tor

Nie ma go w firmie. Ale zaraz po niego zadzwonię - obiecuje pracownica Marmy. Czekam w alei Pod Kasztanami. Po kilku minutach Piotr Winiarz przyjeżdża. Rowerem. Ze stadionu przy Hetmańskiej. W 2003 roku po wypadku na torze żużlowym lekarze dawali mu jeden procent szans na przeżycie
Piotr Winiarz to w latach 90. jeden z najbardziej utalentowanych polskich żużlowców. Dwukrotny młodzieżowy drużynowy mistrz Polski, wicemistrz indywidualny i par klubowych. Lista jego sukcesów jest ogromna. W domu całe ściany przyozdobione są medalami, szafki pucharami. Na jednej ze ścian, w otoczeniu medali, widnieje namalowana sylwetka Winiarza żużlowca. Podczas jazdy. Piotrek dziś zdjęcia swoich trofeów nosi w telefonie. I marzy, że wróci na tor. - Ale mówią, że to niemożliwe - śmieje się.

Jednak to, że życiu nie ma rzeczy niemożliwych, pokazuje jego historia. Cały jego świat legł w gruzach w 2003 roku w sierpniu. W Debreczynie na Węgrzech. W siódmym biegu zawodów żużlowych wjechał w niego jeden z węgierskich zawodników. Winiarz uderzył w bandę z taką siłą, że pękł jego kask. Był nieprzytomny. Pierwsze rokowania były makabryczne. Na mózgu były rozległe krwiaki. Lekarze dawali mu jeden procent szans na przeżycie. Jeszcze tego samego dnia w Debreczynie podczas operacji usunięto mu wodę z mózgu. Był utrzymywany w śpiączce. Ale żył. Wbrew rokowaniom.

Przewieziono go samolotem do Polski. Trafił do Wojskowego Szpitala Klinicznego w Bydgoszczy. Tam opiekował się nim neurochirurg prof. Marek Harat. Potem był pod opieką innego wybitnego lekarza, specjalisty rehabilitacji prof. dr. hab. med. Jana Talara. To właśnie on dał rodzinie Piotrka nadzieję. Prowadził rehabilitację, instruował Sandrę, żonę Piotra, jak z nim postępować. I udało się.

W czwartek spotkałem się z Piotrkiem. Na rozmowę przyjechał rowerem. Pędził ze stadionu Pod Kasztany w kilka minut.

- Półtora roku byłem na wózku. W pampersie. Cała prawa strona była sparaliżowana. Wystarczy. Teraz jestem aktywny. Pracuję, jestem na stadionie, w firmie Marma - mówi.

Chęć powrotu do żużla była jednym z najsilniejszych bodźców w walce o zdrowie. - Cały czas myślałem o tym, żeby jeszcze jeździć na żużlu. Siedziałem w czterech ścianach i patrzyłem na moje trofea. Chybabym zwariował, gdyby nie pani Marta Półtorak, szefowa Marmy, która zaproponowała mi pracę. Wyszedłem do ludzi. Jestem aktywny i coraz lepiej się czuję. Wiem, że żyję - pokazuje, jak jeszcze niedawno bezwładną prawą rękę musiał unosić lewą. Teraz bez problemu prowadzi rower. Wchodzi w zakręty, jak na torze żużlowym.

- Myślisz jeszcze o żużlu? - pytam ostrożnie.

- Jasne. Cały czas. Ale teraz jest mi łatwiej. Jestem na co dzień na stadionie. Dziś jadę ze szkółką żużlową do Krosna na trening. Oczywiście popatrzeć - mówi. Opowiada, jakich forteli używał jeszcze kilka lat temu, kiedy za wszelką cenę chciał wrócić na tor. - Chodziłem co dwa dni do lekarza sportowego. Prosiłem, by podpisał mi zgodę na jazdę. Nie chciał.

Wtedy Piotrek poprosił, by lekarz dał mu kartę zawodniczą na pamiątkę. - Z tą kartą pojechałem do Tarnowa. Nakłamałem lekarzowi, że miałem tylko złamany obojczyk i rękę. Podpisał zgodę, ale chciał jeszcze sprawdzić wszystko w systemie. Poprosił o numer licencji i wyszło wszystko na jaw. Nakrzyczał na mnie, że po takim wylewie do mózgu muszę uważać, żeby nie uderzyć się w głowę, a nie jeździć na żużlu - opowiada Piotrek. - Dziś się z tego śmieję, ale wtedy do śmiechu mi nie było. Wróciłem do czterech ścian i myślałem dalej.

W marcu 2011 roku Marta Półtorak, szefowa firmy Marma i prezeska klubu żużlowego PGE Marma Rzeszów, zaproponowała mu pracę. - Bo Piotrek na to zasługuje - komentuje.

- Pracuję w dziale reklamy. Roznoszę i rozwożę reklamy. Głównie na stadionie podczas zawodów. Codziennie jestem w firmie. Wszędzie jeżdżę na rowerze. Nawet w deszcz i w zimie. Zawsze to dwa kółka. A o żużlu i tak myślę. Chcę jeszcze wrócić na tor - mówi Piotrek, a jego spojrzenie mówi: "Nie ma rzeczy niemożliwych".