Kibice żużla: "Lee, zawsze będziesz jeździł z nami" [ZDJĘCIA]

Ponad 300 kibiców PGE Marmy Rzeszów we wtorek pożegnało tragicznie zmarłego żużlowca Lee Richardsona, który nie przeżył niedzielnego wypadku w meczu z wrocławską Betard Spartą. Kibice "biało-niebieskich" po raz ostatni skandowali nazwisko Anglika.
Po godz. 18 na stadionie przy ul. Hetmańskiej kibice odmówili różaniec w intencji Richardsona. Przed bramami stadionowymi zapalili znicze. Na bramie do parku maszyn 39-letni Grzegorz Stachowicz, kibic żużla od 25 lat, już w niedzielny wieczór, chwilę po tym, gdy przyszła wiadomość ze szpitala, że Richardson nie przeżył wypadku, powiesił biało-niebieski szalik i ze szwagrem zapalili znicze.

- Byliśmy tutaj w niedzielę jako pierwsi - opowiadał nam we wtorek pan Grzegorz, który na modlitwę za Anglikiem przyszedł z 8-letnim synem, Szymonem.

Na bramie jest również zdjęcie Lee Richardsona. - O jego śmierci się dowiedziałem zaraz po godz. 21. Mecz oglądałem w telewizji. Ten wypadek nie wyglądał tak, jakby się miał zakończyć tragicznie. Dopiero potem sobie to uświadomiłem, gdy oglądałem zdjęcia. Przyszedłem tutaj, by oddać hołd Anglikowi. Był wspaniałym zawodnikiem. Boli, że zginął w tak młodym wieku. Sytuacja rzeszowskiego klubu jest ciężka, teraz śmierć zawodnika. Mam nadzieję, że to koniec złych wiadomości - mówił nam Grzegorz Stachowicz.

- Jestem fanem żużla do takiego stopnia, że kupiłem sobie maszynę żużlową, by sobie na nią popatrzeć. Chciałbym jeździć, ale widzę, że to nie taka prosta sprawa. Zostawmy to profesjonalistom - dodawał.

Na pożegnanie Lee Richardsona przyszedł także 27-letni Dariusz Furman. Fanem "czarnego" sportu został w wieku 7 lat. - Wielka szkoda. Chciałem się za Anglika pomodlić, może tam na "górze" będzie mu lepiej. Na początku nie mogłem uwierzyć, że on zmarł. To był szok, trudne do opisania, że nigdy już Richardsona nie zobaczymy. Zawsze był uśmiechnięty, z kibicami porozmawiał, był miłym człowiekiem. Widziałem poważniejsze wypadki na żużlu. Wydawało się, że Anglik odniesie poważną kontuzję, ale przeżyje. A tu... To bardzo duża strata dla świata żużla - uważa pan Dariusz.

Po godz. 18 ks. Grzegorz Ozga, duszpasterz PGE Marmy Rzeszów, rozpoczął różaniec. Zanim to zrobił mówił: - Nie po to budowaliśmy nową trybunę, by w tym gronie spotykać się w takich okolicznościach. Lee miał 33 lata, tyle życia było jeszcze przed nim. Prośmy o łaskę życia wiecznego dla niego, by był kibicem naszego klubu z nieba. Dziękujemy za to, co zrobił przez dwa lata. Rozpoczął trzeci sezon, nie było dane mu go dokończyć. Mamy nadzieję, że będziemy mieli w jego osobie, tam z "góry", wiernego kibica.

Fani rzeszowskiego klubu na torze ze zniczy ułożyli krzyż i imię "Lee". Na bandzie powiesili szaliki, ktoś przyniósł w czarnej ramce zdjęcie, na którym Anglik stoi uśmiechnięty z dwiema fankami żużla. Pojawiła się również koszulka z podobizną Richardsona, a na niej podpis: "You'll always ride withs us", czyli "Zawsze będziesz jeździł z nami".

Jeszcze ktoś inny napisał wiersz i obok namalował czerwone serce: "Stąpasz wśród gwiazd korytarzy, i nawet Ci się tu wracać nie marzy, bo twój nowy świat jest tak daleko...".

"W naszych sercach będziesz na zawsze" - napisali kibice.

Na trybunie powieszono także flagi z herbem Rzeszowa i Wielkiej Brytanii. Po półgodzinnej modlitwie, kibice ostatni raz zaklaskali dla Lee Richardsona i przez kilkadziesiąt sekund skandowali jego nazwisko.

- Nie ma słów, by wyrazić smutek. Wczoraj o 4 rano się obudziłem i cały czas myślałem o Richardsonie. Tak sobie myślę: chłopak przyjechał do Polski i nie wrócił do Anglii w całości. On dał się lubić. Tamten ten sezon miał trochę nieudany, początek obecnego był obiecujący. Trenerzy, prezeska klubu Marta Półtorak mówili, że Lee jest w formie. Jeden bieg i koniec kariery. Ech... Wczoraj oglądałem jeden z ostatnich jego biegów w lidze angielskiej. Dzisiaj przejrzałem w internecie wszystkie jego zdjęcia. Miło było powspominać - powiedział 55-letni Krzysztof Szpara, kibic żużla "od zawsze".

- Nie wierzyłem w to, że Lee nie przeżył wypadku, dopiero na drugi dzień do mnie to dotarło. Pomagał innym zawodnikom, był życzliwy, pracowity. Ostatnio może mu nie szło na torze, ale pracował, starał się - wspominał 34-letni Robert Parol, który na stadion przyszedł w biało-niebieskim szaliku.

Ks. Grzegorz Ozga powiedział, że w kościele Matki Bożej Saletyńskiej w Rzeszowie odbędzie się jeszcze msza za Lee Richardsona. Data nie jest jeszcze znana. Na pewno będzie to w dniu pogrzebu żużlowca w Anglii.

Przypomnijmy, dramatyczne w skutkach zdarzenia rozegrały się w trzecim biegu. Po wyjściu z pierwszego łuku Richardson zahaczył o koło Tomasza Jędrzejaka, nie opanował motocykla i uderzył w bandę. Niestety, na prostej, gdzie nie ma już dmuchanej osłony.

Richardsona karetką przewieziono do szpitala, gdzie był operowany. Niestety, nie udało się go uratować. Anglik zmarł. Śledztwo w sprawie spowodowania nieumyślnej śmierci Lee Richardsona prowadzi Prokuratura Rejonowa dla Wrocławia Śródmieście. We wtorek poznaliśmy wyniki sekcji zwłok. Przyczyną śmierci żużlowca były wielonarządowe obrażenia klatki piersiowej, pęknięcie płuca i wykrwawienie.