Szaleńcze granie zakończone sukcesem Asseco Resovii

Da się grać co trzy dni praktycznie bez treningu? Da, choć sensu w tym wielkiego nie widać. Da się też wygrywać, ale trzeba mieć nie tylko wysoką formę, trochę szczęścia, ale także dobry skład. Tak jak Asseco Resovia w trakcie fazy zasadniczej w PlusLidze.

Chcesz wiedzieć wszystko o Asseco Resovii? Wejdź na RZESZOW.SPORT.PL



Cztery miesiące, 26 meczów w PlusLidze, plus osiem w Lidze Mistrzów i dwa w Pucharze Polski. To oznacza granie niemal co trzy dni, z małymi wyjątkami. Tempo szaleńcze, które wytrzymać ciężko. Ale ostatecznie zakończyło się to sukcesem. Choć łatwo nie było.

Gdy ma się w zespole 15 zawodników na równym poziomie, to można się tylko cieszyć i zacierać ręce. To "samograj" - można by powiedzieć. Ale nie w momencie, gdy dziewięciu z nich zjawia się w klubie tuż przed startem rozgrywek, a dziesiąty dochodzi do siebie po kontuzji przez długi czas. Do tego trening jest czymś wyjątkowym, rzadko spotykanym pomiędzy podróżami i kolejnymi meczami. A jednak w tym trudnym kalendarzu udało się odnaleźć zarówno Asseco Resovii, jak i PGE Skrze Bełchatów. Ich równy krok zatrzymał się dopiero na ostatniej kolejce, w której ktoś musiał wygrać.

Ostatnie spotkanie było zwieńczeniem fazy zasadniczej, znakomitym pojedynkiem na najwyższym poziomie. Ale przez cały sezon tak różowo nie było, bo przecież być nie mogło. Rzeszowianom zdarzały się mecze lepsze i gorsze, najważniejsze jednak, że większość z nich zakończyła się zwycięstwem. Wiem, może mało okazałym, na co narzekało wielu, ale to nie łyżwiarstwo figurowe, nie skoki narciarskie, tu nie ma not za styl, o tym się później nie pamięta. Liczy się wynik, a ten został osiągnięty.

Były jednak chwile ciężkie, był kryzys. Ale gdy przez kilkanaście miesięcy gra się bez przerwy, tak jak kadrowicze z Asseco Resovii, to kłopoty z formą są czymś naturalnym. Trafiło na mecz ze Skrą w Łodzi i to zabolało bardzo, zwłaszcza kibiców. Ale trzy miesiące później boli mniej, bo na finiszu to rzeszowianie są wyżej. Były też wpadki z Cuprum Lubin w Rzeszowie i w Olsztynie z Indykpolem. W międzyczasie przyszło też lanie od zespołu z Berlina w Lidze Mistrzów. Ale żadne z tych potknięć w ostatecznym rozrachunku większej krzywdy nie zrobiło.

Dlaczego? Bo nie da się wygrywać wszystkiego i dotyczy to wszystkich. Przekonali się o tym najmocniejsi, nie tylko w Polsce, ale i w Europie. Szczególnie ciężko o równą formę, gdy gra się niemal jednym składem. W Asseco Resovii nie było takiej potrzeby, bo równy, szeroki skład pozwolił wyjść kilka razy z opresji, kilka razy też pozwolił odpocząć najważniejszym graczom. Ale teraz i tak nie ma to żadnego znaczenia.

Wygrana w rundzie zasadniczej może i fest fajna, ale daje to tyle co nic. Teraz bowiem rusza to, co najważniejsze, czyli play-offy. Dopiero tu rozstrzygnie się walka o medale, walka o mistrzostwo. Właśnie teraz ma przyjść najwyższa forma i najlepsze mecze.

Dwa mistrzostwa, które zdobyła Asseco Resovia w ostatnich latach, wywalczone były nie z pozycji lidera, lecz z niższych miejsc. Z kolei wtedy akurat, gdy rzeszowianie wygrali fazę zasadniczą, musieli zadowolić się srebrnymi medalami. Jak będzie teraz? Może być brzydko, ciężkawo, niezbyt atrakcyjnie. Ważne, by na wiosnę znów na górze tabeli byli rzeszowscy siatkarze.

Co wiesz o fazie zasadniczej w PlusLidze? [ROZWIĄŻ QUIZ]