Apetyty były spore, a tu tylko srebro

Równa dwunastka, brak wyjściowego składu i trzy trofea do zdobycia. W efekcie tylko srebrny medal. To nie był dobry sezon dla Asseco Resovii.

CHCESZ WIEDZIEĆ WSZYSTKO O ASSECO RESOVII? WEJDŹ NA RZESZOW.SPORT.PL



Apetyty były ogromne, nie tylko wśród kibiców. Fantazję tych rozbudzili wszyscy wokół klubu, budując najmocniejszą drużynę w historii. Teoretycznie najmocniejszą, bo jak pokazał sezon, z tą mocą było różnie. Faktycznie Asseco Resovia miała najbardziej wyrównaną trzynastkę zawodników, ale na boisku gra przecież tylko sześciu graczy, a tu już rzeszowianie tacy mocni nie byli.

Obrońcy tytułu chcieli zabezpieczyć się na każdą ewentualność, inni poszli drogą mocnego wyjściowego składu, przy kontuzjach liderów mieliby problem. Tyle tylko, że to ryzyko się opłaciło. W końcówce sezonu choćby PGE Skra Bełchatów grała jak z nut. A w Asseco Resovii, gdy wypadł Olieg Achrem, gra rozsypała się niczym domek z kart. Okazało się, że równy skład to tylko slogan. Achrem, czy wcześniej w meczach w Lidze Mistrzów, gdy kontuzjowany był Krzysztof Ignaczak, był nie do zastąpienia. Rzeszowianie mieli wartościowych zmienników, którzy odwrócili losy półfinałowej rywalizacji z Zaksą Kędzierzyn-Koźle, ale na pewien poziom nie byli w stanie wskoczyć.

Nic jednak dziwnego. Dwunastu Achremów, Mariuszów Wlazłych, Michałów Kubiaków czy Dicków Kooyów nie ma w żadnym zespole. Nikogo na to nie stać, a ten zmiennik, ten rezerwowy, musi być trochę słabszy. Z jakiegoś powodu przecież stoi w kwadracie...

Zmiany, ale nie na przyjęciu

Inna sprawa, która na Asseco Resovii odbiła się boleśnie, to brak ogrania właśnie przyjmujących. O ile na rozegraniu, ataku czy środku siatki rotacja była duża, o tyle para przyjmujących Peter Veres - Olieg Achrem grała bardzo często, a kapitan resoviaków niemal nie ustępował miejsca komuś innemu. Na nim opierała się gra rzeszowian, a gdy go zabrakło, nikt nie wiedział, co ma grać, bo okazji do trenowania tego niemal nie było.

Zabrakło ogrania, zabrakło też stabilizacji. Nawet przy wyrównanym składzie powinien być jasny podział na zawodników podstawowych i zmienników. Przynajmniej na najbardziej kluczowych pozycjach, jak choćby rozegranie. Pewność gry, ilość powtórzeń akcji w danym ustawieniu, ileś rozegranych kontr, nietypowych, sytuacyjnych piłek, które często decydują o wyniku, w końcówce mogło zaprocentować. Tak jak choćby w Skrze, która w obronie i w kontrach zagrała fantastycznie. Ale tam każdy wiedział, gdzie ma być, gdy pojawi się piłka podbita w nienormalny sposób. W ekipie z Rzeszowa nawet w ostatnich meczach o medale kilka akcji wyglądało jak na początku sezonu.

Gwiazda i trzech na przyszłość

Oddzielnym tematem są przedsezonowe transfery, a właściwie jeden. Węgier Peter Veres miał zbawić zespół, ale nie sprostał wymaganiom. Te były chyba zbyt wysokie, ale trzeba przyznać, że w porównaniu z poprzednim sezonem wyjściowy skład Asseco Resovii nie był lepszy o poziom czy dwa. Może został na tym samym, może był nieco słabszy, a rywale poszli krok do przodu. W szóstce, nie w dwunastce. I to mogło zrobić różnicę.



Pozostali zawodnicy, którzy przyszli do Rzeszowa, to nadzieja na przyszłość. Dla Fabiana Drzyzgi, Dawida Konarskiego czy Bułgara Nikołaja Penczewa ten sezon był pierwszym, w którym walczyli o stawkę, pod presją. Wcześniej mogli grać luźniej, bez odpowiedzialności. Teraz mieli egzamin dojrzałości. W Skrze w tym samym wieku jest choćby dwójka Argentyńczyków, ale taki Facundo Conte ciągnie grę reprezentacji od kilku sezonów. Konarski czy Drzyzga zaczynają do kadry dopiero pukać.

I jeśli nawet nie był to najlepszy sezon w ich wykonaniu, to doświadczenie zebrane na boisku powinno zaprocentować w przyszłości. Taką przynajmniej mam nadzieję. Ich grę można więc potraktować jako inwestycję.

Szóste podium

Katastrofy nie ma, bo cztery kluby w Polsce chciały grać o złoto. Mistrzostwo mogła zdobyć tylko jedna, a ciężko oczekiwać, że po siedmiu latach dominacji Skry teraz Asseco Resovia nie będzie oddawała złota. Przepaść między bełchatowianami z tamtych czasów a resztą ligi była dużo większa niż różnica między czołówką obecnie. A rzeszowianie szósty rok z rzędu stanęli na podium. Żadnej innej ekipie w tym czasie się to nie udało. Ale za sukces tego uznać nie można.

Sukcesem będzie natomiast wyciągnięcie wniosków, które pomogą budować zespół i zarządzać nim w kolejnych sezonach. Jedno jest niemal pewne. Doświadczeni gracze, z wielkimi nazwiskami, w Rzeszowie się nie sprawdzili. Trafionymi transferami byli natomiast młodsi gracze na dorobku, którzy już wiele potrafią, a wciąż mają rezerwy i chęć zdobywania trofeów, jak choćby swego czasu Olieg Achrem, Gyorgy Grozer czy Paul Lotman. I to powinien być kierunek, w którym warto podążać.