G. Kosok, środkowy Asseco Resovii: Czuliśmy wiatr, siłę, wsparcie

- Było widać po każdym z nas, że to jest ten moment. Albo bierzemy się w garść i gramy, albo nie ma sensu tam wychodzić. Założyliśmy sobie, że damy z siebie wszystko, niezależnie od tego co się będzie działo - mówi o wygranej rywalizacji z PGE Skrą Bełchatów środkowy Asseco Resovii Grzegorz Kosok.

Wszystko o Asseco Resovii w specjalnym serwisie na RZESZOW.SPORT.PL



Mistrzowie Polski, Asseco Resovia po niezwykle ciężkim boju znaleźli się w półfinale PlusLigi. Rywalizację z PGE Skrą Bełchatów wygrali dopiero w piątym meczu, i to dopiero po tie-breaku. Wcześniej roztrwonili prowadzenie 2:0, a w czwartym secie zostali rozbici przez rywali. Pozbierali się jednak na decydującą partię i zasłużenie wygrali.



Rozmowa z Grzegorzem Kosokiem

Marcin Lew: Ciśnienie spadło?

Grzegorz Kosok: Dopiero wzrasta. Można powiedzieć, że mimo tego, że były to mecze bardzo ciężkie, zrobiliśmy tylko i aż pierwszy krok. Na pewno trzeba oddać, że obie strony dały z siebie wszystko i mecz wyglądał znakomicie, było w nim wszystko. Ja bym chciał tak grać każdy mecz, żeby się kończył tak jak dzisiaj, żeby było tyle nerwów, tyle stresów, tyle radości po ostatniej piłce.

Nie uwierzę, że chciałbyś, żeby wasza gra wyglądała tak jak w czwartym, wysoko przegranym secie.

- Nie, oczywiście że nie. Mówiłem nie o secie, a o całym meczu. Oczywiście chciałbym, żeby nasza gra wyglądała jak w dwóch pierwszych setach, czy tie-breaku. W tych dwóch setach, które przegraliśmy, wkradła się duża ilość błędów i przez to przegraliśmy.

Co powiedzieliście sobie między czwartym a piątym setem? Z takiego lania ciężko jest się podnieść.

- Pierwszym bodźcem było to, jak wszyscy kibice wstali i zaczęli się drzeć. Czuliśmy ten wiatr, tę siłę, to wsparcie. I naprawdę nie trzeba było dużo mówić. Było widać po każdym z nas, że to jest ten moment. Albo bierzemy się w garść i gramy, albo nie ma sensu tam wychodzić. Założyliśmy sobie, że damy z siebie wszystko, niezależnie od tego, co się będzie działo.

Nie siedziało w głowach to, że w Bełchatowie w trzecim meczu też prowadziliście 2:0, a jednak przegraliście?

- Trochę tak, czasami się na pewno wkradały takie myśli. Ale nie można tak robić, sport nas uczy, że może się zdarzyć naprawdę wszystko. Można wspomnieć ten drugi mecz w Rzeszowie, gdzie w tie-breaku ze stanu 2:7 skończyło się naszą wygraną. Tak naprawdę nikt już o tym nie myśli, co było kiedyś. Tak naprawdę każdy drobny krok przyczynił się do tego, że będziemy grali w czwórce.

Czyli teraz zaczynacie poważne granie? Jesteście w miejscu, w którym powinniście być i walczycie o medale.

- Od początku gramy poważnie. Czasami były ciężkie dni, czasami nie szło tak, jakby sobie tego każdy życzył. Ale wierzymy w to, co nam mówi trener, wierzymy w siebie, tworzymy fajny team i będziemy się tego trzymać do końca.