Sport.pl

Jacek Ziółkowski: Będę trzymał kciuki

- Przez te sześć lat pracy w Rzeszowie były chwile miłe i niemiłe. Na szczęście tych pierwszych było zdecydowanie więcej. Najlepszym wspomnieniem będzie 2005 rok, gdy we Wrocławiu nasza para wywalczyła tytuł mistrza Polski - mówi Jacek Ziółkowski, były kierownik żużlowców PGE Marmy Rzeszów
Rozmowa z Jackiem Ziółkowskim

Tomasz Welc: Po sześciu latach zdecydowałeś się zakończyć pracę w Rzeszowie. Co było powodem takiej decyzji?

Jacek Ziółkowski: Sprawy osobiste skłoniły mnie do podjęcia decyzji o powrocie do Lublina. Nie ukrywam, że sześć lat to kawał czasu, a przypomnę, że w lutym 2005 roku przychodziłem do Rzeszowa na dwa sezony. Tak więc trochę ten mój pobyt tutaj się wydłużył. Oczywiście trochę żal, że zamieniam klub ekstraligowy na II-ligowy, ale na pewne rzeczy nie mamy wpływu. Poza tym liczę na to, że za rok klub z Lublina będzie już w I lidze.

Sześć lat to też wiele wspomnień.

- Oj, jest ich wiele. Na szczęście tych miłych chwil było znacznie więcej niż tych niemiłych. Z tych drugich to przede wszystkim spadek w 2008 roku do I ligi. Nie udało nam się utrzymać w ekstralidze, chociaż wydawało się to nierealne, że możemy spaść. Ale taki jest sport, że ktoś musi wygrać, a ktoś przegrać. Wtedy padło na nas.

A te miłe chwile?

- To przede wszystkim 2005 rok i wspaniały wieczór we Wrocławiu, gdy nasza para wywalczyła tytuł mistrza Polski. To było coś wspaniałego. Cudowna niespodzianka, gdy zupełnie nie będąc w roli faworytów, udało się chłopcom stanąć na najwyższym stopniu podium.

Pamiętny był też rok 2007 i wspaniałe mecze z Atlasem Wrocław, gdy przegrywaliśmy już 10 punktami, a potrafiliśmy wygrać czy z Unią Tarnów, w którym nie mogli wystąpić kontuzjowani Anglik Scott Nicholls oraz Australijczyk Davey Watt. Z trzema juniorami w składzie - Marcinem Lesiem, Mateuszem Szostkiem i Dawidem Lampartem, który wtedy dopiero zaczynał jazdę na żużlu, pokonaliśmy Unię, która przyjechała do Rzeszowa z Tomaszem Gollobem, Rune Holtą i Januszem Kołodziejem na czele.

Zresztą cały ten sezon był bardzo dobry, a drużyna naprawdę jeździła znakomicie. Byliśmy takim czarnym koniem rozgrywek. Niestety, pech w końcówce sezonu, gdy w meczu o trzecie miejsce kontuzji doznali Watt oraz Duńczyk Nicki Pedersen, sprawił, że nie zdobyliśmy medalu, który był na wyciągnięcie ręki.

Pracę w klubie z Rzeszowa zakończysz z końcem lutego, czyli na miesiąc przed startem ligi. Czy to nie będzie za krótki okres dla twojego następcy, by wszystko było gotowe przed rozpoczęciem rozgrywek?

- Fakt, że pracuję do końca lutego, ale mój następca powinien się znaleźć już jak najszybciej, żebym przez ten ostatni miesiąc zdążył przekazać mu potrzebną wiedzę. Zresztą w 2005 roku też zacząłem pracę 1 lutego i udało mi się wszystko poukładać. Tak więc do końca lutego będę pracował razem z moim następcą, a później, w trakcie sezonu, zawsze będę służył radą.

Odchodzisz do Lublina. W tamtejszym klubie głośno mówi się o awansie do I ligi.

- Taki jest cel, ale to nie znaczy, że inne drużyny będą się przyglądać, jak my go osiągniemy. Nie będzie łatwo, ale będziemy walczyć. A być może za kilka lat przyjadę do Rzeszowa jako kierownik już ekstraligowej drużyny z Lublina?

A co powiesz o drużynie z Rzeszowa? Jaki to będzie sezon dla PGE Marmy?

- Na pewno będzie to trudny sezon, bo każdy beniaminek nie ma łatwego życia. Ale też chłopcy są na tyle związani ze sobą, a dodatkowo wzmocnieni znakomitym Australijczykiem Jasonem Crumpem, że są w stanie sobie poradzić. Na pewno będę trzymał kciuki za rzeszowską drużynę, a jeśli tylko czas pozwoli, to będę chciał przyjeżdżać na mecze. Rzeszowskim kibicom chcę powiedzieć, żeby szanowali to, co mają, bo nawet nie zdają sobie sprawy z tego, co by się stało, gdyby pani prezes Marta Półtorak odeszła.