Pokonali Poznań, pokonają Grudziądz?

Rzeszowscy żużlowcy odnieśli drugie z rzędu wyjazdowe zwycięstwo. Po wygranej w Rybniku zwyciężyli także w Poznaniu. Jednak czy ta forma wystarczy, by wygrać w Grudziądzu albo Gnieźnie?
Wszystko wskazuje na to, że rzeszowianie zajmą pierwsze miejsce po sezonie zasadniczym. Ale w tym roku jest inny regulamin play-off, co powoduje, że najprawdopodobniej podopieczni Dariusza Śledzia, by mieć jakąkolwiek przewagę nad pozostałymi rywalami w walce o ekstraligę, będą musieli wygrać wyjazdowe mecze z GTŻ-etem Grudziądz lub ze Startem Gniezno. - Najlepiej wygrać tu i tu. Wtedy nasza przewaga będzie wystarczająco duża. Jednak łatwo nie będzie. Zwłaszcza w Gnieźnie, gdzie jest bardzo specyficzny tor. Ale najważniejsze dla nas, by w pierwszej czwórce znalazła się drużyna z Poznania, która wciąż ma na to duże szanse - mówi Jacek Ziółkowski, kierownik rzeszowskiej drużyny.

Zarówno w Rybniku, jak i Poznaniu wygrane rzeszowianom przyszły łatwo. - W Poznaniu było chyba nawet jeszcze łatwiej niż w Rybniku - mówił po niedzielnym meczu Szwed Mikael Max, który po słabszym początku w dalszej części zawodów nie miał sobie równych i zdobył 10 punktów. - Mój pierwszy start był dobry, a w kolejnym zrobiliśmy zmiany, które niestety nie były trafione. Później wróciliśmy do pierwszych ustawień i było już znakomicie. Dodatkowo na początku startowałem z zewnętrznych pól, z których zdecydowanie trudniej jest o skuteczną walkę - tłumaczył Szwed.

Max, oprócz Anglika Chrisa Harrisa oraz Rafała Okoniewskiego, był najjaśniejszym punktem rzeszowskiego zespołu w Poznaniu. Harris wreszcie dzień po turnieju Grand Prix zaprezentował dobrą formę. Jako jedyny pokonał lidera gospodarzy Roberta Miśkowiaka i wykręcił najlepszy czas dnia. - Wreszcie było nieźle, chociaż mogło być lepiej. Jednak w ostatnim wyścigu startowałem z najgorszego, trzeciego pola i przegrałem wyjście spod taśmy. Później nie udało się powalczyć na trasie - mówił "Bomber".

Nieźle zaprezentowali się też juniorzy. Wracający do drużyny po kontuzji obojczyka Dawid Lampart wywalczył z bonusami siedem punktów, a Szwed Ludvig Lindgren - "oczko" mniej. - Ręka jeszcze trochę boli, a dodatkowo po dwóch biegach trochę zakręciło mi się w głowie. Organizm chyba nie wytrzymał stresu, wysiłku fizycznego i temperatury, bo w Poznaniu było ponad 30 stopni. Jednak przerwa w startach zrobiła swoje - mówił Lampart.

- "Majsterek" [Ryszard Piela, rzeszowski mechanik - przyp. red.] przygotował mi mój silnik, który spisywał się znakomicie. To mój drugi dobry występ na wyjeździe i mam nadzieję, że teraz zacznę też punktować w Rzeszowie - cieszył się z kolei Szwed.

Wygląda na to, że najwięcej do poprawienia mają Lee Richardson i Maciej Kuciapa. Anglik, mimo że z bonusem zdobył w sumie 10 punktów, znów był wolny i męczył się na torze. W biegu nominowanym przegrał nawet z juniorem PSŻ-etu Adrianem Szewczykowskim. - Wciąż brakuje szybkości moim motocyklom, które chyba wymagają już remontu. Dzisiaj dodatkowo pogoda nie sprzyjała silnikom, które zupełnie inaczej pracują w tak wysokiej temperaturze - tłumaczył Richardson.

Z kolei Kuciapa znów słabo wychodził spod taśmy i o punkty musiał walczyć na trasie. W sumie zdobył cztery punkty i dwa bonusy, co nie jest złym wynikiem, ale w Grudziądzu czy Gnieźnie o punkty będzie zdecydowanie trudniej. - To będą kolejne ciężkie mecze. I tu, i tu spodziewamy się twardych torów i pozostaje mieć nadzieję, że w miarę szybko dopasujemy się i będzie dobrze - stwierdził Okoniewski, który nie był w stanie powiedzieć, gdzie będzie łatwiej o punkty. - Obie drużyny są mocne, jadą u siebie, mają dobrych zawodników i specyficzne tory. Ja jeździłem i tu, i tu. Myślę, że jakoś to wszystko poukładam. Będę chciał się dobrze zaprezentować i pomóc drużynie w odniesieniu wygranej - dodał "Okoń".