Sport w Rzeszowie traktowany jest per noga

Obrazu rzeszowskiego sportu nie zmieni oddawanie kolejnych hal sportowych, wybudowanie kilkunastu kilometrów ścieżek rowerowych czy skateparku. Potrzebna zmiana sposobu myślenia.
Joanna Mucha, minister sportu, ogłosiła 16-letni plan naprawy polskiego sportu. Naprawa ma zacząć się od odbudowywania fundamentów. Co do tego, że polski sport leży w gruzach, na najniższym piętrze sportowej piramidy, czyli na poziomie sportu szkolnego i masowego, nikt - ani sami sportowcy, ani trenerzy, ani komentatorzy - nie ma wątpliwości. Nie ma też wątpliwości, że dopóki nie podniesie się sport młodzieżowy i masowy, dopóty będziemy na każdej większej imprezie przełykać gorycz porażek. Coraz bardziej dotkliwych. W szczątkowej formie istnieje wychowanie fizyczne i sport szkolny, dostępność do sal, boisk osiedlowych itp. jest coraz mniejsza. W skali całego kraju.

A na naszym podwórku?

Rzeszów spada w rankingach miast w klasyfikacji sportu dzieci i młodzieży. Całe Podkarpacie także. Od 2008 r. co roku lokuje się na 14. miejscu w kraju na 16 województw. O miejsce wyżej było ostatni raz w 2007 r. Na wynik całego województwa znaczący wpływ ma słabość największego ośrodka - Rzeszowa.

Rzeszów ciągle nie stworzył systemu szkolenia młodzieży. Stowarzyszenia sportowe ledwo dyszą i nie mogą liczyć na pomoc samorządu miasta. Koronnym przykładem tego, jak w Rzeszowie traktuje się stowarzyszenia, jest przypadek Waltera, który od kilku lat nie ma własnej hali, bo miasto zrezygnowało z ubiegania się o przejęcie od MSW hali sportowej przy Langiewicza. Miasto jest głuche na potrzeby stowarzyszenia, gdzie w pięciu sekcjach trenuje ponad 200 dzieci.

Akrobaci i skoczkowie

Jedyna w Rzeszowie szkoła sportowa nie ma nawet sali sportowej z prawdziwego zdarzenia.

Tuż przed ostatnią Ogólnopolską Olimpiadą Młodzieży zamknięto halę sportową na stadionie miejskim. Ze względów technicznych. Akrobaci i zapaśnicy zostali bez bazy do treningów. Trenerki akrobatów na własną rękę szukały po mieście sali, a zapaśnicy trenowali nawet w podziemiach kościoła w Załężu. Także dzięki osobistym znajomościom i staraniom działaczy oraz dobrej woli proboszcza tamtejszej parafii.

Od lat znane są kłopoty skoczków do wody. Nie tak dawno całą sekcję chciał przejąć jeden z dolnośląskich klubów. Na razie na szczęście skoczkowie pozostali w Rzeszowie.

Miasto chętnie opowiada, jakie kwoty co roku przekazuje na działalność klubów sportowych, ale zupełnie nie interesuje się losem stowarzyszeń. Tym, czy dzieci mają gdzie ćwiczyć, czy trenerzy, pasjonaci, którzy tam pracują, otrzymują jakieś wynagrodzenia. - Od tego są działacze - komentował wielokrotnie rzecznik prezydenta Rzeszowa.

Rzeszów ciągle nie doczekał się instytucji trenera osiedlowego, która doskonale sprawdza się w innych miastach. "Gazeta" pisała o problemie wielokrotnie. Urzędnicy są do dziś nieprzejednani. Wg nich trener osiedlowy nie jest potrzebny.

Siłownia i piłkarze

To właśnie w Rzeszowie zamknięta została ostatnia, dostępna także dla tych biedniejszych chętnych, siłownia (ROSiR Pułaskiego). Miejsce, gdzie oprócz treningów zajmowano się klasyczną resocjalizacją, bo pracowali i ćwiczyli tam m.in. wychowawcy z zakładu karnego i masowo przychodziła tzw. trudna młodzież. Na miejsce starej, owszem, powstała nowa siłownia. Z tym że komercyjna, dla wielu za droga. Bo wg rzeszowskiej logiki ROSiR musi zarabiać.

To w Rzeszowie, kiedy przebudowywano stadion miejski, młodzieżowe drużyny piłkarzy nie miały gdzie trenować, ponieważ podczas budowy nowej trybuny zniszczono boiska treningowe. Czy miasto zaproponowało jakieś rozwiązanie? Otóż kiedy prezes sekcji piłkarskiej Stali zapytał prezydenta, jaka jest jego propozycja dla młodzieży z tego klubu, usłyszał, że w mieście boisk nie brakuje. Niech sobie prezes zorganizuje transport i wozi dzieci na inne boiska.

Listę zaniedbań i przykładów traktowania sportowców per noga można by wydłużać.

To jest rzeczywisty obraz rzeszowskiego sportu dzieci i młodzieży oraz dbałości miasta o potrzeby młodych sportowców. I nie zmieni go szybko oddawanie kolejnych hal sportowych, wybudowanie kilkunastu kilometrów ścieżek rowerowych czy skateparku.

Zmieńcie myślenie

Tu potrzebna zmiana sposobu myślenia. Trzeba odejść od schematu: od pracy z młodzieżą są kluby, stowarzyszenia i działacze i niech sobie radzą, a my najwyżej damy trochę pieniędzy, rozdzielimy stypendia tym najlepszym. I przejść na schemat: stworzymy spójny system szkolenia młodzieży we wszystkich "rzeszowskich" dyscyplinach sportu, będziemy wspomagać, inspirować i ułatwiać pracę wszystkim stowarzyszeniom sportowym, będziemy szukać i wspomagać kadrę trenerską, a rzeszowskiej młodzieży zaproponujemy alternatywę i na terenie całego miasta powołamy do działania trenerów osiedlowych. Dzięki tym działaniom damy całej młodzieży szansę sportowego rozwoju, a przy okazji wychwycimy wszystkich szczególnie uzdolnionych sportowców.

Być może to marzenie ściętej głowy, ale na pewno jest to paląca potrzeba chwili i nie tylko dlatego, byśmy w końcu zajęli w hierarchii województw miejsce, na które nas stać, ale by Rzeszów choć o odrobinę zbliżył się do osiągnięć sportowych z dawnych lat, a kluby i stowarzyszenia zapełniły się młodymi sportowcami. Jak przed laty.

Kiedyś byliśmy liderem

Siatkówka, koszykówka, boks, zapasy, żużel, judo, piłka nożna - to przed laty (lata 70. i 80. XX wieku) były dyscypliny, z których Rzeszów słynął. Do tego dochodziły sporty mniej popularne, ale na nie niższym poziomie: akrobatyka, strzelectwo, łucznictwo czy pływanie. Rzeszowski kibic w każdy weekend miał spory ból głowy, by zdecydować się, którą halę czy stadion odwiedzić, a z czego zrezygnować.

Dziś nie zostało z tego wiele. Honor ratują siatkarze, próbują żużlowcy czy ostatnio zapaśnicy. To ciągle jednak zdecydowanie za mało jak na możliwości Rzeszowa i jego młodzieży. Jednak do sukcesów potrzebna jest, oprócz zapału sportowców i trenerów, także dobra wola i nieudawana chęć współpracy samorządu miejskiego. Sportowcy muszą przestać czuć się w mieście jak zło konieczne. Bo to droga donikąd.