Sport.pl

Londyn 2012. "W Polsce zachowywałam się trochę jak kot"

- Igrzyskom podporządkowałam życie osobiste i mam nadzieję, że po nich będę mogła spojrzeć w lustro i powiedzieć, że było warto - mówi Li Qian, tenisistka stołowa Zamku Tarnobrzeg, polska olimpijka. W poniedziałek odpadła z turnieju indywidualnego. Teraz czeka na turniej drużynowy.

Wszystko o występach podkarpackich olimpijczyków w specjalnym serwisie na RZESZOW.SPORT.PL



Ma 26 lat i po raz drugi reprezentuje Polskę na Igrzyskach Olimpijskich. Debiut w Pekinie w 2008 roku to było spełnienie marzeń: grała w ojczystym kraju, gdzie ping-pong jest sportem narodowym. Przez cztery lata zbierała doświadczenia, aby mieć szansę zrealizować kolejny piękny olimpijski sen, w Londynie.

Jeden już prysł. W turnieju indywidualnym Li Qian przegrała w 1/8 finału z Japonką Kasumi Ishikawą 1:4 i odpadła z rywalizacji. Teraz została jej tylko walka w turnieju "drużynowym".

Zaczynała od gimnastyki

Li Qian pochodzi z Baoding w chińskiej prowincji Hebei. Jej ojciec, Li Guowei, jest trenerem tenisa stołowego. - Tato zdecydował, że będę grała w tenisa stołowego, ale to nie on zaczął mnie trenować. Zresztą, gdy miałam cztery lata, zaczynałam od gimnastyki sportowej - wspomina tarnobrzeska zawodniczka. - Później trafiłam pod opiekę trenera tenisa stołowego. Przez dwa lata jednak nie trzymałam nawet rakietki w ręce, bawiłam się piłkami i przyglądałam się, jak starsze zawodniczki trenują - dodaje.

Z ojcem zagrała dopiero, gdy miała 13 lat. - Na początku nie mogłam z nim wygrać. Później zaczynaliśmy od 15:0 dla niego i walczyliśmy - mówi Li.

Wciąż woli chińską kuchnię

Li Qian do Polski przyjechała mając 15 lat. - Nigdy wcześniej nie byłam za granicą, a tu nagle tysiące kilometrów od domu. Czułam się dziwnie. Zachowywałam się trochę jak kot - wszędzie zaglądałam, ciekawiło mnie mnóstwo rzeczy - opowiada. Dlaczego wybrała Polskę? - Ten wyjazd był dla mnie wielką szansą. To był ostatni moment, żeby coś osiągnąć w sporcie. Gdybym została, byłabym najwyżej wieczną sparingpartnerką, a ja chciałam czegoś więcej - wspomina Li Qian. - Dostałam wiadomość, że trener z Polski szuka zawodniczki. Choć nie miałam pojęcia, gdzie to jest, postanowiłam zaryzykować - dodaje.

Pierwsza wizyta w Polsce trwała zaledwie dwa miesiące. Zagrała w dwóch meczach. - Podczas pierwszego pobytu nie było czasu na zwiedzanie kraju. Szybka aklimatyzacja, zapoznanie się z klubem, zawodniczkami i treningi. Było mi o tyle łatwiej, że wtedy w Tarnobrzegu grała jeszcze druga Chinka, która już dłużej była w klubie i płynnie wciągnęła mnie w zasady panujące w drużynie - mówi Li.

Niewielkie miasto na Podkarpaciu przypadło jej do gustu. Teraz traktuje go jako drugi dom. - Tu spędzam większą część roku, ale w Chinach są rodzice, znajomi, rodzina - mówi tenisistka. - Do Polski się przyzwyczaiłam, ale denerwują mnie pijani ludzie na ulicach. W Chinach tego nie ma. To znaczy też piją alkohol, ale siedzą w domu, a nie hałasują pod oknami. W Tarnobrzegu jest jednak spokojnie. Przywykłam też do polskiej kuchni, chociaż wolę chińską - dodaje.

Na drugi koniec świata

Li jest jedynaczką, bowiem na więcej dzieci w Chinach nie pozwalały przepisy. Zostawiła w Baoding rodziców i psa Dian Diana. Dwa lata temu do grona najbliższych, z którymi utrzymuje kontakt na odległość, dołączył mąż Tian Zichao, były trener tenisa stołowego reprezentacji Belgii kadetów.

Olimpijce z Tarnobrzega najbardziej dokucza tęsknota za rodziną. Najgorzej było na początku. - Dzwoniłam rzadko, bo rozmowy wtedy nie były takie tanie jak teraz. Internet też nie był dobrą drogą komunikowania się z rodzicami, bo ani ja nie miałam swojego laptopa, ani oni w domu komputera. A instalowanie chińskiego języka w kawiarenkach internetowych było jedną wielką loterią - wspomina tenisistka. Teraz jest łatwiej. - Często dzwonię. Dobrze, że rozmowy przez internet są tanie. Najgorzej jest z moim psem, bo jeszcze nie nauczył się rozmawiać przez telefon - śmieje się Qian.

W rodzinne strony jeździ rzadko. Wyjątkiem był ten sezon, bo dwa razy była w Chinach - na obozie i na zawodach. W 2003 roku odwiedził ją ojciec, czasami przyjeżdża mąż.

Zadomowiona w Polsce

- Rodzice się ucieszyli, gdy dostałam obywatelstwo. Między nami nic się nie zmieniło. Nadal przecież jestem Chinką, nie stałam się nagle blondynką z niebieskimi oczami. Mam tylko teraz inny paszport, ale też z czerwoną okładką - opowiada Li.

Od 2007 roku, gdy Li otrzymała polskie obywatelstwo na dobre zadomowiła się w Tarnobrzegu. - Wcześniej wiecznie byłam niepewna, czy wrócę tu na następny sezon, więc wszystko było takie tymczasowe. Po każdym sezonie zabierałam z Tarnobrzega wszystkie rzeczy, a potem znów je musiałam przywozić. Teraz jest inaczej - mówi. "Lilka" lub "Mała", jak mówią na nią koleżanki z zespołu. Ma nawet zamiar kupić dom. - Ale w Chinach - śmieje się. - W Polsce mam dobre mieszkanie z klubu, ale chciałabym mieć też gdzieś na wsi jakiś mały domek - dodaje.

Ma też pomysł na niewielki biznes w Tarnobrzegu. - Otworzymy z Kingą [Stefańską] i Renią [Strbikovą] restaurację międzynarodową. Renata świetnie gotuje, Kinga robi fajne zupy, razem wymyślają sałatki. Dlatego każdego dnia byłyby dania z innego regionu: czeskie, chińskie, polskie - mówi. To raczej dalsza przyszłość, bo na razie na niewiele wystarcza jej czasu.

Perfekcjonistka ze słomianym zapałem

W swojej ojczyźnie nie miała zbyt dużo czasu na naukę. - Chciałabym to nadrobić w Polsce, ale za słabo znam język - twierdzi "Mała". Z pomocą przyszły jej koleżanki z drużyny, które postawiły głównie na geografię. Li dostała na urodziny globus, żeby wiedziała, gdzie są kraje, do których jeździ i jakie są ich stolice. Najlepiej pamięta Lizbonę, bo trener Zbigniew Nęcek wymyślił, że to "Li z Baoding".

Chce się też nauczyć gry na fortepianie. Jej nauczycielką miałaby być druga trenerka klubu z Tarnobrzega Tamara Czigiwincewa, która w młodości chodziła do szkoły muzycznej.

Jej dzień głównie wypełniają treningi. Gdy ma trochę wolnego czasu, to chce robić wszystko naraz. - Lubię tańczyć i bardzo chciałabym się nauczyć porządnie to robić. Chcę się nauczyć śpiewać, grać na fortepianie, a ostatnio ślęczę nad francuskim, koszmar - wymienia Li. Koleżanki z zespołu śmieją się jednak, że ma słomiany zapał. Oczywiście poza sportem, gdzie jej dążenie do perfekcji trzeba niekiedy powstrzymywać niemal siłą.

Trener numer sześć

Do tej pory Li pracowała z pięcioma trenerami. Zbigniew Nęcek jest numerem szóstym na tej liście. - To najlepszy trener, z jakim współpracowałam. Dużo mnie nauczył, nie tylko jeśli chodzi o sport, ale i o podejście do życia. Jest trochę jak ojciec: czasem przytuli, czasem ostro skarci - twierdzi tenisistka.

W Tarnobrzegu jest już ponad dekadę, na razie nie myśli o zmianach. - Mam tu przyjaciół, świetne warunki do treningu, trenera, który we mnie wierzy, a nasza praca przynosi efekty. Tutaj zrealizowałam jedno ze swoich marzeń, więc po co to zmieniać? - pyta Qian.

Więcej o: