K. Kwoka, chodziarka Resovii: Poniżyli mnie. Wygrałam

Katarzyna Kwoka z Bratkowic koło Rzeszowa jest na razie jedyną polską chodziarką, która ma już niemal pewny wyjazd do Londynu.
Nie wierzył w nią Janusz Mazur, prezes sekcji lekkiej atletyki w klubie i prezes Podkarpackiego Okręgowego Związku Lekkiej Atletyki. Nie zgłoszono jej do programu wspierającego przygotowania podkarpackich zawodników do olimpiady w Londynie. - Wytypowaliśmy tych, którzy mają największe szanse osiągnąć minimum olimpijskie i pojechać do Londynu. Żadna z nich nie robi już dużych postępów. Młodszy organizm może więcej się poprawić niż starszy - tak o Katarzynie Kwoce i innej chodziarce Paulinie Buziak z Mielca mówił w grudniu "Gazecie" prezes Mazur. Tymczasem Kwoka już w pierwszym tegorocznym starcie w szwajcarskim Lugano osiągnęła wymagane minimum. Z pięciominutowym zapasem. Poprawiła też o sześć minut swój ubiegłoroczny rezultat.

Rozmowa z Katarzyną Kwoką

Marcin Lew: Ile masz lat?

Katarzyna Kwoka: 26.

To kopa lat. A tak serio: nie za późno na sukcesy w sporcie?

- Nie, skąd. Sukcesy dopiero się zaczynają. Przyszedł czas na poważną, seniorską karierę.

Ale trenerzy i prezesi w POZLA uznali, że w tym wieku to raczej czas na emeryturę. Że nie możesz się na tyle poprawić, by pojechać na olimpiadę.

- Tym panom brakuje cierpliwości. I chyba nie wiedzą, na czym polega trening wytrzymałościowca.

Masz do nich żal?

- Ich zachowanie było przykre i bolesne. Ale cierpię przez to nie tylko ja, ale pewnie i inni sportowcy. Jest przecież dużo utalentowanych lekkoatletów, którzy po takich stwierdzeniach mogą się poddać. Dlatego chciałabym, żeby ci panowie już nigdy nie obdzierali nikogo z marzeń. Oni mogą zmierzyć wzrost, wagę zawodnika, ale nigdy nie zajrzą nikomu do serca. Nie wiedzą, jaka siła drzemie w zawodniku.

Pokazałaś, że w tobie drzemie ogromna siła.

- Ci panowie chyba zapomnieli, że ja się wychowałam na stadionie, że sport to całe moje życie. Rywalizacja, walka płyną w mojej krwi. Oni nie widzą, na co mnie stać, a ja ich zaskoczę jeszcze nieraz.

Może ich słowa i postawa dodatkowo cię zmobilizowały?

- Na pewno nie. To było przykre, nawet poniżające. Usłyszałam nieprzyjemne słowa, że jestem nikim, że nic do tej pory nie osiągnęłam. Dużo łatwiej byłoby mi, gdyby we mnie wierzyli. A tak straciłam tylko dużo nerwów i zdrowia.

Ale to są ludzie, przy których zaczynałaś poważną przygodę ze sportem. Prezes Mazur, trener Lesław Lassota. Współpracowałaś z nimi wiele lat, co się nagle stało?

- Znają mnie od dziecka. Moja współpraca z trenerem Lassotą dobiegła końca. Praca z nim nie przynosiła już efektów, a ja chciałam się rozwijać i pracować z najlepszymi, wciąż marzę o kolejnych igrzyskach. Podejrzewam, że to mogło mieć wpływ na ich postawę.

Obrazili się?

- Być może uraziłam ich tym, że zrezygnowałam ze współpracy z panem Lassotą. Pozbawili mnie środków do życia. Tak najłatwiej skończyć zawodnika, bo wtedy sportowiec musi iść do pracy. Ja sobie powtarzałam, że pieniądze to nie wszystko, dzięki rodzicom nie musiałam szukać pracy. Oczywiście pieniądze, które mogłam dostać z urzędu marszałkowskiego na przygotowania do olimpiady, bardzo by mi pomogły, ale wiedziałam, że jeśli zrobię minimum olimpijskie, jeżeli osiągnę ten sukces, pieniądze się znajdą.

Nie miałaś dość po przygodach w ostatnich latach? Byłaś blisko wyjazdu na olimpiadę w Pekinie, ale problemy zdrowotne pozbawiły cię tej szansy. Nie myślałaś, że to koniec?

- Byłam już tak blisko Pekinu: robiłam przymiarkę ciuchów, gotowa była moja akredytacja, zdjęcia. I nagle pech: problemy z zębami mądrości. Cztery zabiegi, straciłam na chwilę słuch w jednym uchu. Nie udało się wyjechać. Było mi wtedy bardzo ciężko. Ale zaczęłam walczyć, na nowo trenować, bo stwierdziliśmy z Jakubem [Burghardtem, narzeczonym i trenerem - przyp. red.], że nie można zaprzepaścić tylu lat treningu.

Poprawiłaś swój poprzedni wynik na dystansie 20 km o 6 minut. To tak jakby przeskoczyć nagle kilka lig. Strasznie dużo.

- Tak. W sportach wytrzymałościowych każdy sezon nie może być dobry. Organizm musi odpocząć. Tak było w tamtym roku. Teraz jest progres.

Start w Lugano był twoim pierwszym w tym roku. I od razu szczyt formy?

- Szczyt dopiero nadejdzie. Ten wynik pokazuje, że na dużo mnie stać. Wiem, że przede mną sporo pracy, mam ogromne zaległości, jeśli chodzi o technikę.

Ile cię kosztował ten sukces?

- Trochę zdrowia, zwłaszcza ta cała sytuacja w klubie i związku. Kiedy weszłam jednak na metę, nic mnie nie bolało, o niczym nie myślałam. Byłam szczęśliwa. A myślałem, że padnę, będę wymiotować. Jak idziesz na maksa, to tak bywa. A ja miałam jeszcze zapas sił. Kontrolowałam swoje siły.

A finansowo? Do Szwajcarii pojechałaś za swoje pieniądze...

- Cały czas dokładam. Nauczyłam się, że nie ma co się oglądać, że ktoś pomoże. Moim głównym sponsorem cały czas są rodzice. Praktycznie całe życie podporządkowali, by wychować olimpijczyka, i mają!

Występ w Londynie to szczyt marzeń czy poprzeczka wędruje wyżej?

- Idzie wyżej. Ja nie jadę na wycieczkę. Stawiam sobie ambitne cele, chcę walczyć z najlepszymi.

A po Londynie? Ta sugerowana emerytura? Kapcie, fotel, telewizor, dzieci?

- Nie ma mowy. Nie można kończyć kariery, gdy idzie dobrze, gdy dopiero się rozkręca. Najlepszy okres dla chodziarza to 25-34 lata. Później można się zastanawiać nad emeryturą.

Co przywieziesz z Londynu prezesowi Mazurowi?

- Szeroki uśmiech (śmiech ). Do Londynu daleko nie jest. Może się wybierze, by zobaczyć mnie na trasie?

Więcej o: